Samolot mamy o 8.55. Biuro Car Rentals otwierają o 8mej. Nie jest przy samym lotnisku, wiec plan na dziś jest następujący: jedziemy o 7mej wszyscy zrobić check-in bagaży głównych, a następnie Rafał i Piotrek jada oddać samochód. Stamtąd mają gratisowy transfer na lotnisko . Do boardingu mamy 1,5 h,więc zajmuję wygodne miejsce na pufach,z widokiem na płytę lotniska po lewej i sklepy po prawej. Internet działa, więc udaje mi się powymieniać kilka komentarzy z moimi znajomymi na Fejsbuku, bo w Polsce jest chyba dopiero wieczór 3 kwietnia:) Ja od bladego świtu już nadaję w sieci, ha, ha:) Na zewnątrz leje i wieje. Pogoda masakryczna, ale wciąż wierzę, że będzie nam sprzyjać na Południowej Wyspie. Na lotach krajowych przepisy nie są tak restrykcyjne jak międzynarodowych, np. mogę mieć ze sobą moja własną wodę mineralna, nie muszę się jej pozbywać przed wejściem na scanning i pokład samolotu. Lot trwa godzinę, która mija jak z bicza strzelił. Niewiele mogę zobaczyć przez okno, bo siedzę przy przejściu, ale ok. 20 min. przed lądowaniem w Queenstown udaje mi się cokolwiek dostrzec i już wiem, ze w tej części NZ szczeka opadnie mi nie raz. Widoki zapierają dech, pod nami masywne góry, doliny, strumienie itd...I wcale nie znikają im bliżej lotniska. Bo lotnisko jest po prostu w górach! Lądujemy w dolinie i podczas schodzenia do lądowania po obu stronach w bliskiej odległości widać potężne góry. Wiem, ze do lądowania na takich lotniskach piloci są szkoleni na specjalnych symulatorach i muszą mieć dodatkowe uprawnienia. Myślę, ze Queenstown do takich należy. Jeszcze nigdy nie leciałam tak blisko gór! Tuz po wyjściu na płytę lotniska z samolotu pstrykam zdjęcia i 'micha' mi się śmieje z wrażenia. To jest dopiero lotnisko!
Jak się okazuje, szczęka nie opadnie mi tutaj pierwszy i ostatni raz, bo prosto z lotniska wynajętym subaru legacy udajemy się do stacji gondoli, która wiezie nas na górę o wys. ponad 700 m n.p.m-jest to zarazem centrum sportów wszelakich o nazwie Skyline Queenstown. Idąc do dolnej stacji wagoników mijamy po drodze przedszkole-nie mogę sobie wyobrazić lepszej miejscówy niż ta:) Dzieciaczki wszystkie mają na głowach kolorowe kapelutki. Chyba przynależność do grupy rozróżniana jest z pomocą kolorów. Jakiś brzdąc ćwiczy 'wspinaczkę skałkową' na atrapie ścianki o nachyleniu tak 'dużym', że w zasadzie może się na niej położyć, ale grunt ze ćwiczy:) Udaje mi się podglądnąć wnętrze sali przedszkolnej-w poprzek wiszą sznurki, a na nich prace dzieci-wyklejanki, malunki itp....Tuz obok znajduje się Birdlife Park, gdzie można obejrzeć kiwi, ale my rezygnujemy , gdyż znów trzeba za to płacić, a wyjazd na gore kosztuje $25, więc zwycieza gondola.
Gondolki takie jak w Alpach wiozą nas na gore i jak tylko wychodzę na taras widokowy, szczęka opada mi kolejny raz na tym wyjeździe. Kupuję tę fototapetę! Widoków nie opisze, nie ma sensu. Może zdjęcia minimalnie oddadzą , co tu się dzieje:) Jeśli ktoś chce poszaleć i ma kupę kasy, można sobie zawinszować lot paralotnią w tandemie z instruktorem, skoczyć na bungy, zrobić downhill na rowerku lub po specjalnie wyznaczonych torach zjechać na wózeczkach a'la bobsleje.
Ja nie korzystam z żadnych z powyższych ze względu na ograniczone (oczywiście chwilowo;) finanse ale i tak wystarczy mi sama panorama i oglądanie ludków. Idę do restauracji na lunch -przy kasie oczywiście Japonka (jest ich tutaj mnóstwo) i po zapłaceniu dostaję do ręki czarny plastikowy przedmiot, wyglądający jak UFO. Okazuje się, że kiedy moje zamówienie będzie gotowe, spodek zacznie wibrować i świecić i wtedy podejdę sobie po odbiór mojego dania. Przejajcarna sprawa!:)Założę się, że gdybym umieściła samo zdjęcie tego przedmiotu z pytaniem; 'What's this?', nikt by nie zgadł:)
Jezioro Wakatipu,nad którym znajduje się Queenstown jest najdłuższe w NZ (75 km), należy do jednych z najgłębszych (360m) i jest trzecie pod względem powierzchni. Ponownie jedziemy wzdłuż jego linii brzegowej podziwiając widoki.
Naszym dzisiejszym noclegiem jest Te Anau,z którego nazajutrz udamy się chyba do najfajniejszego miejsca NZ-krainy fiordów, żeby zobaczyć Milford Sound. Mamy do przejechania jakieś 2 h, a po drodze...No cóż, po drodze znowu fantastyczne krajobrazy-góry, jeziora, ciuchcia parowa, zwierzątka:)
Przed zachodem słońca zatrzymujemy się nad jeziorem na picnic. Do Te Anau mamy już 20 km. Rano czeka nas znowu pobudka o bandyckiej porze (przed 6ta) bo chcemy załapać się na rejs po fiordach w Milford Sound o 10tej. Ta godzina jest tańsza, a poza tym nie ma jeszcze wtedy dzikich tłumów.
Instalujemy się w domkach i znów dostajemy apartament rodzinny, ale o wiele fajniejszy niż ten w Wellington. Internet jest płatny, wiec uzupełniam blog off line -przy najbliższej okazji update:)
Jutro ciąg dalszy przeżyć...